4/16/2017

Od Corey'a cd. Caroline

- Wyjaśnijmy sobie coś. To TY masz problemy. Jesteś tak zapatrzona w siebie, że nawet nie podziękowałaś mi że cię odprowadziłem. Tak, masz rację że nie znam cię i nawet nie chcę poznać. Od razu widać że jesteś typową dziewczyną która to ma trudno w życiu,ale rodzice dają jej pieniądze, ale od dawna nie usłyszałaś od nich zwykłego "kocham cię". Powiedzmy sobie szczerze, wolisz by inni cię nienawidzili, niż żeby cię lubili, bo tak ci łatwiej. Nawet nie starasz się być miła, czy po prostu uprzejma. Najlepiej by było, gdybym w ogóle cię w parku nie spotkał. Rozumiesz? Tak? No i fajnie. A teraz żegnaj, nieznajoma!- Machnąłem ręką, po czym z szerokim uśmiechem puściłem jej oczko. Jeśli chodzi o jej osobę, to coś jednak ją ruszyło. Która część? Szczerze, teraz mam to gdzieś. Jedyne co zrobiła, to posłała mi wredne spojrzenie i skręciła w uliczkę na prawo. Z tego, co się orientowałem, to nie tam jest jej dzielnica. Przez jedną sekundę, nawet mi się jej żal zrobiło. Ostatni raz chciałem zobaczyć, co ona wyprawia. Zdrowego rozsądku jej brak. No ale czego można się spodziewać po ciemnej uliczce, kilka metrów za szkołą? Jednego. W tym mieście to codzienność, że gangi i inne rzeczy zbierają się w tych swoich "watahach", by siać rozbój między dzielnicami. A czego jet najczęściej? Napaści. Widocznie ta dziewczyna serio nie zna tego miasta, skoro kierowała się poprostu do takiej grupy. Jeszcze gorszym zaskoczeniem było to, że znałem ich. Frustracja i złość na dziewczynę związały się ze sobą. Wyybuchowa mieszanka. Widząc zbliżającego się do niej mężczyznę, przyspieszyłem kroku. Szczęście, że nie spodziewała się mojego nagłego powrotu.
- Czego ty jeszcze chcesz?- Syknęła, wydzierając się z mojego uścisku. Z pełną świadomością, że za nią stoi trzech, nie najgorszej budowy mężczyzn, szła w ich stronę z uśmiechem. Gdy jeden z nich palnął do niej jakimś rychłym tekstem, miałem ochotę się zaśmiać. Dosłownie. Ale jedno słowo za dużo wystarczyło, bym zaczął działać. Ale, ale. Poczekałem jeszcze chwilkę. Może i to okrutne, ale w końcu musi się czegoś nauczyć, prawda? Pozwoliłem jej na to, by spróbowała się sama wygrzebać z tej sytuacji. Jej przeklinanie, a nawet próba uciec
Wczoraj
, 20:25
czki były na nic. Z założonymi rękami, przyglądałem jej się. Aż w końcu zwróciła na mnie swoje tęczówki, które prosiły się o pomoc. Rozłożyłem w bezradności ręce, będąc całkowicie rozbawiony. Jednak każdy ma jakieś granice. Moje zostały przekroczone, gdy najwyższy z nich zaczął dobierać się do blondynki. W jednej chwili zjawiłem się obok nich, odpychając krótko obciętego, czarnowłosego pudziana.
- Ooo, kogo ja widzę? Coś cię dłuższy czas nie było, Reyes- Uniósł do góry jedną brew.
- To już nie należy do twoich spraw, Carter. Nowa dziewczyna?- Odwróciłem się w stronę zdenerwowanej blondynki.
- I to jaka pyskata,- Objął dziewczynę ramieniem
- Zostaw mnie.- Warknęła w jego stronę, a ten tylko się głucho zaśmiał. Gdy ponownie chciał to zrobić, zatrzymałem jego rękę.
- Odpuść.- Kiwnąłem głową na bok, by Caroline stanęła za mną. Zrobiła tak, skrywając się za moimi plecami.
Po trzęsących się rękach "napastnika", mogłem stwierdzić że się zdenerwował. Od kiedy z nim "pracowałem", szybko się denerwował. Tak było i tym razem...
Lewą ręką odsunąłem dziewczynę na bok, dalej od nas, przystawiając się do ciosu, jaki zadał mi mężczyzna. Jego pięść idealnie styknęła się z moim nosem, raniąc go. Bolało jak cho*era, nie ma co. Tym bardziej, że poczułem spływającą, ciepłą krew. Przetarłem jką rękawem i tym razem to ja wymierzyłem cios, niczego nie spodziewającemu się Certerowi. Nos za nos, jak to się mówi. A może oko za oko? W sumie, to to samo. Byłoby fajnie ,gdyby nie jego koledzy, którzy bez wahania powalili mnie na ziemię.
- Idź stąd.- Warknąłem do Caroline, która bezdennie wpatrywała się w nas. Próbowała mi pomóc, jednak z moim kolejnym warknięciem odsunęła się na tyle, bym mógł w spokoju zaprzestać okładaniom się po twarzy i wyjąć coś, co było moim ratunkiem. Średniej wielkości rewolwer, wycelowany był w stronę default smiley default smiley default smiley :przywódcy: gangu. Od razu zamilkł, dając sygnał kolegom.
- Ej, Reyes, nie wygłupiaj się...od kiedy przejmujesz się...- Nie dokończył, gdyż blondynka ni stąd ni zowąd walnęła go czymś w głowę. Złapał się za nią, a ja, korzystając z okazji że zostaliśmy sami (koledzy tchórze uciekli), zacząłem go okładać. Ale nie było mi dane w pełni się zemścić, gdyż zostałem odciągnięty przez istotę, dzięki której to wplątałem się w zaistniałą sytuację. Chwiejnym krokiem podążając za nią poczułem w ustach metalowy posmak.
- "Dzięki, Reyes. Uratowałeś mnie."- Mruknąłem pod nosem.

<Caroline?>

3/24/2017

Od Caroline C.D Corey'a

- To chyba możesz już iść - westchnęłam z rezygnacją, kiedy klamka wcale nie zamierzała odpuścić pod naporem mojej dłoni. Szarpałam za nią bez większego skutku, nie licząc odgłosów drapania o szybę, co mogło świadczyć tylko i wyłącznie o tym, że mój kot zauważył obecność swej żywicielki po drugiej stronie wejścia na balkon. Miaucząc donośnie, ocierał się delikatnie grzbietem o lśniącą szybę, jak gdyby licząc na to, że wypuszczę go do ogrodu, tak, jak robiłam to przed wyjazdem do Danii. Tu bowiem nie mogłam być pewna, nawet w najmniejszym stopniu, czy kot nie zgubi się tak, jak ja tego wieczoru, lądując w paszczy jakiegoś psa, który akurat zauważyłby w nim łatwy do złapania posiłek. Gdyby nie to, że pałałam do sierściucha większą czy mniejszą sympatią, już dawno wyrzuciłabym go na ulicę, chociażby za to, jak potrafił każdego poranka budzić mnie, co oznaczało wbijanie pazurów w moją zaspaną jeszcze, zupełnie niczego nieświadomą i Bogu winną twarz. Chociaż wielbiłam wszelkiej maści zwierzęta, traktując je lepiej, aniżeli chociażby ludzi, tak często miałam nieodpartą ochotę, aby wreszcie przerobić Pralin'a na praliny, czego pragnął mój brat od samego momentu, w którym dachowiec o sierści podobnej do mych włosów przekroczył próg naszego domu. Zresztą, nienawiść ta była obustronna, o czym świadczyło chociażby to, że kocur załatwiał się nigdzie indziej, jak w butach należących do Luke'a. Blondyn najwidoczniej niczego się nie nauczył, bowiem wciąż trzymał swe obuwie na tyle nisko, że kot mógł bez żadnego problemu się do nich dostać.
- Powodzenia - mruknął tylko szatyn, już nawet nie próbując ukryć rozbawienia, które niewątpliwie odczuwał od samego momentu, w którym to okazało się, że rodzice postanowili nieco utrudnić mi życie.
- I vice versa - uśmiechnęłam się sarkastycznie, uroczo trzepiąc rzęsami w chwili, w której światło w pokoju mieszczącym się nieopodal nas zaświeciło się, co świadczyć mogło tylko i wyłącznie o tym, że ktoś usłyszał nasze nocne rozmowy, za pewne jakże błyskotliwie domyślając się, że panna Caroline Snowdon postanowiła wrócić do domu, racząc wszystkich dookoła swą życzliwością. Wszystkich, oprócz wysokiego jak dąb chłopaka, zmuszonego aktualnie do ucieczki, wymagającej od niego niewybrednej kondycji. W przeciwnym wypadku, prawdopodobnie musiałby szczebiotać zębami przed moim rodzicami, którzy stanęli w oknie mojego pokoju zaledwie kilka sekund po tym, jak szatyn opuścił mój balkon.
- Czy Ty wiesz, do cholery, która jest godzina?! - warknął, nie siląc się na jakąkolwiek dyskrecję najstarszy mieszkaniec naszego domu, z łaską otwierając drzwi do pokoju, do którego chyba pierwszy raz weszłam z ulgą, której nie odczuwałam ani razu wcześniej, kiedy zmuszona byłam w nim przebywać. Nie było to miejsce, które uważałam za swoje - meble, wcześniej mieszczące się w moim starym pokoju, czekały na skręcenie w pudłach, a ściany pomalowane były na odcienie, do których wiedziałam, że niełatwo będzie mi się przyzwyczaić. Beż miał być uniwersalny, jednak sprawił tylko i wyłącznie to, że poczułam rosnącą niechęć do podobnych kolorów.
- Oświeć mnie - rzuciłam szybko, jak gdyby zapominając o tym, że rozmawiam ze swoim ojcem, a nie niejakim Reyes'em, który za pewne już dawno jest na odległej ulicy, obawiając się konfrontacji z którymś z moich rodziców. Chwytając w pośpiechu kota, wciąż domagającego się brakujących mu pieszczot, zbiegłam po schodach na najniższe piętro, aby tam rozebrać się z ciążących mi ubrań. Miałam przy tym nadzieję, że pozbędę się przy tym zdenerwowanych rodziców, którzy jednak nie opuszczali mnie na ani jeden, nawet najmniejszy i pozornie nic nie znaczący krok. Oczywiście, że rozumiałam ich postawę - w końcu, ich niepełnoletnie jeszcze dziecko szlajało się po nocach poza domem, żyjąc zupełnie beztrosko, ciesząc się chwilą. Był w tym utkwiony pewien błąd, którego zdawali się wciąż nie dostrzegać. Błąd w wychowaniu, albo raczej jego braku - nie można tak nazwać przemocy nad dzieckiem, choć może nie tyle fizycznej, co bardziej psychicznej. Wywieranie presji nie przyniosło niczego dobrego, a i zdawało się, że mi to przestało przeszkadzać. Zaakceptowałam siebie, nie widząc nawet opcji na to, że przy odrobinie samozaparcia mogłabym zmienić się, może nawet i na lepsze. Podobał mi się teraźniejszy stan rzeczy, a i nie odczuwałam żadnego ani wewnętrznego, ani tym bardziej zewnętrznego bodźca, który zmusiłby mnie do weryfikacji poglądów.
- Wpół do cholernej trzeciej! - trzasnął dłońmi o blat mój ojciec, który jak się zdawało, był już całkowicie wytrącony z równowagi. Na dźwięk toczącej się po kuchennej wysepce szklanki, Pralin spiął się, usiłując w popłochu wyrwać się z mojego uścisku. Wiedziałam jednak, że jego samowolne podróże po domu w podobnych sytuacjach nie kończyły się najlepiej - bywało i tak, że mój rodziciel potrafił nawet i odkopać kota w przypływie nagłej złości, co na całe szczęście nie spotkało się z aprobatą nikogo, kto tylko o tym wiedział. W takich warunkach, sama miałam ochotę pokazać mu, jak to jest być słabszym, który jest pomiatany przez dużo silniejszego. Z oczywistych względów, nie mogłam tego dokonać - pozostawało mi ukrywanie się pod maską zwykłej szmaty, która cieszy się z każdej okazji, w której może dogryźć rozmówcy. Nie zamierzałam nikogo wyprowadzać z błędu.
~**~
Mało powiedziane, że przeklinałam sytuacje minionych godzin. Byłam wprost wściekła na samą siebie, że wykazałam się całkowitym brakiem jakiegokolwiek rozsądku, zapuszczając się wieczorem w okolice, które właściwie w ogóle nie były mi znane. Jakby tego wszystkiego było mało, winna byłam zdać się na całkowitą łaskę chłopaka, z którym okazję rozmawiać miałam po raz pierwszy, i to w dodatku całkowicie przypadkiem. Cudem było, że nie pozabijaliśmy siebie nawzajem, bowiem byłam całkiem blisko wykonania czynu, za który musiałabym odsiedzieć jakże dwadzieścia pięć pięknych lat w więzieniu, zakładając oczywiście, że wcześniej nie popełniłabym samobójstwa z całkowitej bezsilności. Zresztą, byłam niemalże pewna, że szatyn także nie darzył mnie jakimikolwiek pozytywnymi odczuciami, zwłaszcza biorąc pod uwagę to, jak nawet nie starałam się kontrolować słów, wypływających samowolnym potokiem z mych ust.
Czy żałowałam jednak czegokolwiek, co powiedziałam albo zrobiłam?
Oczywiście, że nie. Wychodziłam i wychodzę z racjonalnego założenia, że cel uświęca wszelkie środki. Ten przypadek nie był wyjątkiem, bowiem liczyło się głównie to, że wróciłam do domu bez większych skaz. Jednym minusem, który jak się zdawało, dał mi do myślenia, był fakt, że byłam niejako wdzięczna szatynowi za to, że poświęcił nieco swego cennego czasu na to, by pomóc pyskatej blondynie wrócić do domu. Nie musiał tego robić, prawda? Znając życie, gdybym była na jego miejscu, rozłożyłabym jedynie ręce, poniekąd twierdząc, że nie jest to moim problemem.
Tymczasem, nie miałam nawet jak mu podziękować, czy też odwdzięczyć się, cokolwiek miałoby to oznaczać - jak sam wczoraj oznajmił, nie znam go w ogóle, a i wyglądało na to, że nie będę posiadać jakiejkolwiek okazji, aby to zrobić. Nie wiedziałam, gdzie mieszka, jak właściwie się nazywa... Czegokolwiek, co pozwoliłoby podpisać go pełnym nazwiskiem i, odłożyć do szufladki z ludźmi, którzy choć niesamowicie irytujący, to przynajmniej pomocni.
Zresztą, nawet gdybym chciała odnaleźć w nim kogokolwiek, z kim chciałabym utrzymywać kontakt na dłuższą metę - nie miałam takiej możliwości, z racji, że moi rodzice, czyli jakby nie patrzeć - osoby, które jako jedyne wyrażały chęć utrzymywania mnie, mieli zupełnie inną wizję na to, jak powinnam spędzać wolne chwile. W ich mniemaniu, moje popołudnia powinny polegać na siedzeniu z nosem w książce, tak, aby "moja edukacja przyniosła efekty" lub, jeśli nie wyrażałabym zadowolenia z "rozwijania się" w obranych przez nich kierunkach, na szukaniu pracy, dzięki której albo miałabym utrzymywać siebie, nie zdając się kompletnie na rodzinę, albo dokładać całą wypłatę na dom, na który nie wydali ani jednego, złamanego grosza.
Tak czy inaczej, rodziciele skrupulatnie pilnowali mnie, abym nie spóźniała się do szkoły, co w moim przypadku było ciężkie do wykonania, czy też nie uciekała z zajęć, na których akurat nie zamierzałam przebywać.
Mniejsza, że ich metody w żadnym stopniu nie były efektywne - ja miałam w nosie zajęcia, tak czy inaczej przynosząc do domu zadowalające wyniki, a oni żyli w przekonaniu, że ich córka jest chodzącym ideałem, który nie marzy o niczym innym, jak o podporządkowaniu się innym.
Dobre sobie.

Tego dnia jednak, zamierzałam przesiedzieć w szkole wszystkie lekcje, niezależnie od tego, co by się działo. Powstrzymać mógł mnie jedynie pożar, który spaliłby doszczętnie cały budynek, albo osoba, która sprawiła, że moja cierpliwość osiągnęła poziom, o który nawet bym jej nie posądzała.
- Czy Ty naprawdę musisz być wszędzie? - jęknęłam, widząc przed sobą Reyes'a, który prawdopodobnie był tak samo zdziwiony naszym spotkaniem, jak i ja. Kilkukrotnie przyjrzał mi się, jak by chcąc upewnić się, że to na pewno ja, a nie moja siostra bliźniaczka, której nawiasem mówiąc nie posiadam.
Zapowiadało się na to, że ucieknę z tej szkoły dużo szybciej, niż do niej weszłam.
Corey?

Od Corey'a CD Caroline

- A ja miałem nadzieję na coś poważniejszego...- Westchnąłem teatralnie, robiąc smutną minę.- W takim razie zostawi mnie i mój smutek samych.- Zatrzymałem się w pół drogi. Blondynka spojrzała na mnie z ironią, rozkładając ręce na boki. W duszy śmiałem się z jej reakcji i prób "zgaszenia" mnie. Było to w pewnym stopniu urocze, że taka drobna istota stawia się większemu od siebie.
- Nie wygłupiaj się- Parsknęła z założonymi na piersi rękami, czekając na moją reakcję. Gdy tylko się odwróciła, na moment, jednym krokiem znalazłem się obok niej. Wyraźne zaskoczenie w jej oczach, wprawiło mnie w cichy śmiech.- A wiesz co? Pier*ol się.- Wstawiła mi środkowego palca, by po chwili z rozmachem stawiać coraz to szybsze kroki. Zastanawiało mnie, gdzie ona się w ogóle wybiera.
- Zgubisz się- Krzyknąłem za nią, a ta zdawała się udawać że mnie nie słyszała. No tak, może pozory nie mylą. Postanowiłem za nią iść, z jasnego powodu. Nie, nie martwiłem się o nią, bo ze swoim temperamentem zapewne da sobie radę. A co jeśli nie? No właśnie. Nie chcę mieć kolejnej osoby na sumieniu, tak więc uważnym wzrokiem odprowadzałem nieznajomą do kolejnego budynku. Cały czas zwracała, rozglądała się, sprawiając pozory świadomości gdzie ma pójść. Co kilka minut dawałem jej wskazówki, a ta słuchała się ich udając że sama na to wpadła. - Nie tam.- Przymknąłem oczy, w chwili gdy w końcu raczyła odwrócić się w moją stronę. Sądząc po jej nieciekawej minie, chciała powiedzieć coś w stylu "poradziłabym sobie bez ciebie", lub jak mniemam częste u niej "j*b się". Zamiast tego zaniemówiła, gdy stanąłem obok niej. Mój wzrost chciał, by zadarła głowę do góry. Czułem, że jej pewność siebie zmalała.
- Jeśli masz coś do powiedzenia, oby nie było to kolejne przekleństwo, czy wywody. Gdyby nie ja, zgubiłabyś się po minucie, a zważając na twoją za żarliwość, stałabyś się głównym celem ludzi...mniej pomocnych, niż ja. Radzę więc trzyma się blisko mnie, najlepiej bez słowa.- Zakończyłem z poważną miną, co widocznie...jeszcze bardziej obniżyło jej odwagę. Teraz, gdy zabrakło jej słów, machnąłem ręką by zaczęła marsz, który miał potrwać jeszcze kilka minut. Zadowolenie z osiągniętego celu było satysfakcjonujące mimo iż białowłosa cały czas starała się wydusić choć słowo. W głowie chciałem to usłyszeć, ale zmęczenie całym dniem dawało o sobie znać. Co wybrać? Lubię utrudniać sobie życie...czasem wręcz dzięki temu, moje życie wydaje się ciekawsze.- Ja wiem, że mogę wydawać się straszny, ale...
- Okres masz, żeby co chwila zmieniać zdanie?- Przerwała mi, bezdennie unikając kontaktu wzrokowego.
- Myślałem że ty, skoro zachowujesz się niewyżyta nastolatka, która to wie najlepiej gdzie iść, obraża osoby które chcą jej pomóc i której braknie języka gdy jestem obok. Tak więc...nie możemy porozmawiać o czymś mniej irytującym?
- Na przykład?- Spytała oczywistym tonem, zapewne myśląc że i ja się nie odezwę.
- Jestem...Reyes- Rzekłem po krótkiej chwili. Imię, a raczej "przezwisko" wymyślone po to, by ukryć prawdziwego mnie. Fascynujące, ile rzeczy można robić pod pseudonimem, które nie ma wpływu na "realne życie".
- Caroline. - Odparła krótko.
- A ten przystojniak to Collin. Go już chyba poznałaś.- Kątem oka spojrzałem na nią, potem na psa którego delikatnie gładziła po głowie. Przesunąłem w jej stronę rękę, na co zareagowała delikatnym odskokiem.
- Co robisz?!- Syknęła, mrużąc oczy. Uniosłem do góry brew, wręczając jej smycz.
- Coś co zapewne chodziło ci po głowie od początku naszego "wymuszonego spotkania"- Podkreślając ostatnie zdanie, skręciłem w następną uliczkę. - Już niedaleko, cieszysz się? Bo ja niezmiernie.
- I to jak- odparła jakby z ulgą, zapewne z powodu że w końcu nie będzie skazana na moją obecność. Co za ironia...- Nie mogłam doczekać się naszego pożegnania.
- Bynajmniej w jednym się zgadzamy.

.......................................

- Nie,nie,nie,nie!- Caroline kręciła się w kółko jak poparzona, ale zaskakująco cicho. Zainteresowany tym zachowaniem, nacisnąłem klamkę, ale drzwi nie ustąpiły.
- Nie masz klucza?- Odezwałem się, na co pokręciła głową
- Nie twoja sprawa.
- Daj spokój! Jak można zgubić klucze?!- Rozłożyłem ręce w bezsilności.
- Nie zgubiłam ich, idioto.- Ponownie próbowała otworzyć drzwi, jednak i ona i ja wiedzieliśmy, że to nic nie da. Rozmyślając, w jaki sposób ta osoba ma wejść do mieszania, dojrzałem uchylone okno. Gdy tylko swój wzrok skierowałem na blondynkę, ona głośno zaprzeczyła.
- Nie wejdę przez okno! Nie widzisz jak tam wysoko?!
- Myślałem że taka arogancka osoba jak ty, niczego się nie boi.- Parsknąłem lekceważąco, co widocznie na nią zadziałało. Mimo kilku minut wahania, zgodziła się na mój, nazwany przez nią "poje*any" plan. Przekręciłem oczami, schodząc ze schodów do ogrodu. Stamtąd, kilka metrów i mój plan powiódłby się. Szybko analizując sytuację, wdrapałem się na jeden z filarów. Collin stał obok i przypatrywał się nam ze schodów. W razie czego, Caroline przywiązała go, by poczekał na mnie.
- Co ty robisz, jeśli mogę spytać?
- nie możesz.- Wzruszyłem ramionami, stając na kolejnych wypukleniach, lub wklęsłych punktach.
- Zawsze mogę posądzić cię o włamanie.
- Okej, tylko pamiętaj że nie wiesz o mnie nic, to po pierwsze, a po drugie jeśli chcesz dostać się do domu, to zamknij w reszcie te niewyparzoną, piękną buźkę, ok?- Uśmiechnąłem się ironicznie, na co przekręciła oczami. Przygryzając wewnętrzną część polika, wychyliłem się zza barierek balkonu, wystawiając obie ręce.
- I co ja niby mam zrobić?
- No na przykład rozpędzić się i skoczyć, no chyba, że masz inny pomysł. Nie? No właśnie. Więc rób co karzę.- Z widoczną niechęcią cofnęła się, by wziąć wcześniej wspomniany rozbieg. Biorąc głęboki oddech, pobiegła w moją stronę i skoczyła na ścianę, podbijając się do góry. W ostatniej chwili złapałem ją za ręce, na co przez chwilę zareagowała panicznym spojrzeniem w dół. Cofnąłem się, wciągając ją. Nie dziwiło mnie to, że szło mi z łatwością. Była lekka jak piórko. A może jak patyk? Oba są trafne. Lekka jak piórko, chuda jak patyk...Ta, te moje głębokie przemyślenia.
- Nie było tak źle...- skomentowałem, wkładając ręce do kieszeni- Ale jeśli masz zamknięty balkon, to już ci nie pomogę.

<Caroline?>

3/23/2017

Od Kendall CD Caroline

Zmagając się ze straszliwym bólem głowy utrudniającym mi skupienie się, na jakimkolwiek słuchaniu pana od matematyki bezsilnie wypuściłam powietrze z ust, co nie uszło uwadze wchodzącej do środka klasy spóźnionej dziewczyny, która od razu zaczęła dokładnie analizować mnie swoim przenikliwym wzrokiem. Nie mogłam zrozumieć jej chłodnego nastawienia do innych osób a tym bardziej wręcz nietypowego jak i sarkastycznego humoru. Rozglądając się po całej klasie uznała, że usiądzie obok mnie. Większość ławek było wolnych dosłownie pustych, ale przecież musiała zająć miejsce koło mnie.
-Świetna wymówka, aby opuścić, chociażby parę minut z lekcji- szepnęłam dość smętnie z wlepionym wzrokiem w szarawą podłogę, która wydawała się nawet interesująca w tej oto sytuacji.
-Trzeba korzystać z każdej szansy.- odpowiedziała z obojętnością w głosie, spoglądając kontem oka na mnie swoimi szaro-niebieskimi tęczówkami cierpliwie czekając na moją odpowiedź. Spoglądając na blondynkę rzucającą mi spojrzenie, w którym mogłam dostrzec jakiś rodzaj ciekawości zdecydowałam się, aby grać na czas. Zwyczajnie zignorowałam ją chwytając za książkę leżącą przede mną następnie otwierając ją i zaczynając czytać pierwszą stronę. Nie chciałam ją nadzwyczajnie zniecierpliwić tylko nie czułam takiej potrzeby, aby akurat teraz rozmawiać z kimś. Nigdy nie byłam zbytnio rozmowną osobą zazwyczaj wolałam być sama z daleka od innych, ale w tej chwili uniemożliwiała mi to ona. Przez cały czas próbowała złapać ze mną kontakt a ja nie pozwalając jej na to odwracałam wzrok w inną stronę znów uciekając od szarej rzeczywistości.
-Nie jesteś zbytnio rozmowna.- powiedziała zaczynając coś pisać na kartce białego papieru z zeszytu. Tylko jak skończyła przesunęła kartkę w moją stronę czekając na moją reakcję. Przeczytałam wszystko dokładnie przyglądając się całości wykonania z lekkim zdziwieniem.
-Jak masz na imię.- przeczytałam gapiąc się na prawię pustą kartkę jeszcze z parę sekund.- Nazywam się Kendall, jeśli ci jest to tak bardzo potrzebne.- powiedziałam z wymuszonym uśmiechem na twarzy, który zniknął tak szybko, jak uczniowie po dzwonku który oznaczał tylko jedno. Wstałam z krzesła schylając się po mój szararawy plecak, który leżał na podłodze. Szczerze mówiąc widziałam w nim jakieś podobieństwo do dzisiejszej mnie – kompletnie pozbawiona jakiejkolwiek siły na dalsze przemieszczanie się po szkole, a jego poszarpania w niektórych miejscach przypominał mi tylko o rozciętym łuku brwiowym. Chwytając za plecak bez słowa wyszłam z klasy zamykając za sobą drzwi. Wreszcie byłam sama nie musząc już słuchać ciągłych pytań dotyczących mojej osoby, na które i tak nie odpowiadałam. Nie mogłam zrozumieć jej nietypowej strategii dążącej do niczego przez moje negatywne nastawienie do niej. Cóż ona traciła swój cenny czas, którego ja zawsze używałam w nietypowy sposób przebywając każde przerwy w bibliotece. I to właśnie tam skierowała się od razu po lekcji matematyki. Zawsze lubiłam marnować czas w bibliotece czytając dość intrygujące stare książki, od których wszystko znów wydawało mi się sensowne. Będąc już w bibliotece usiadłam na podłogę opierając się plecami o ten sam regał z książkami co w tamtym roku. Chwytając za pierwszą lepszą książkę z plecaka usłyszałam cichy szelest dobiegający z wejścia nie zwracając na niego najmniejszą uwagę zaczęłam czytać. Nie mogłam się skupić, wyłączyć swój umysł przez ten irytujący dźwięk, który aż zaczynał dobiegać do moich uszu z coraz większą siłą. Mając już dość wstałam od razu zaczynając się rozglądać po całej bibliotece aż wzrokiem znalazłam tę samą blondynkę siedzącą na krześle delektując się kolorowymi żelkami co na korytarzu jak i lekcji matematyki. Przez chwilę spoglądaliśmy się na siebie tak, jakby utwierdzając podjęcie ważnej decyzji, która dotyczyła oczywiście nadzwyczajnej kłótni.
-Przepraszam, ale mogłabyś przestać?- zapytałam się wskazując na plastikowe opakowanie od żelków.- Dziękuję.- dokończyłam z powagą w głosie.
-Nikomu to nie przeszkadza więc ci też nie powinno.- odpowiedziała patrząc nieporuszona w moją stronę. Nie rozumiałam czemu, ale chciałam do niej podejść i wyrwać jej to opakowanie z rąk, ale z drugiej strony szkoda by było nerwów. Przez ułamek sekundy można było odnieść wrażenie, że blondynka była z tego faktu zadowolona a mogłam to zauważyć przez jej mały uśmiech.
-Proszę, chociaż ten jeden raz przynajmniej dzisiaj.- ostry ton mojego głosu nie pozostawiał żadnych wątpliwości a dalsza kłótnia na ten temat by nie miała żadnego sensu. Czytanie było jedyną możliwością wyrzucenia z siebie tych wszystkich bezużytecznych myśli, ale akurat dzisiaj ta metoda by nie zadziałała. Autentycznie zdumiona przez moje wypowiedziane słowa nieznajoma widocznie nie miała zamiar dać mi spokoju pożerając kolejnego żelka.

<Caroline?>

3/22/2017

Od Caroline CD Corey'a

- Nie wydaję mi się, żeby powinno Cię to interesować - mruknęłam po chwili ciszy, w której chłopak lustrował mnie przenikliwym, a przy tym chłodnym spojrzeniem. Utrzymanie z nim kontaktu wzrokowego było trudne, bowiem z każdą upływającą sekundą czułam, jak moja pewność siebie stopniowo się ulatnia pod wpływem jego lodowatych, niebieskich tęczówek. Chłopak jednak nie zaprzestał spoglądania w moim kierunku, podczas gdy ja wbiłam wzrok w budynki, które rozciągały się tuż za jego plecami. Nie dość, że wyprowadził mnie z równowagi swym spojrzeniem, to na dodatek czułam się przy nim bardzo, ale to bardzo drobna, co było głównie zasługą jego monumentalnego wzrostu. - Po prostu powiedz mi, jak trafić do tej cholernej dzielnicy, a obiecuję, że zostawię Cię w świętym spokoju - wywracając dyskretnie swymi oczyma, ułożyłam swą prawą dłoń w okolicach serca, aby potwierdzić tym gestem swoją wiarygodność. Rzeczywiście zamierzałam tak postąpić, jednak dopiero w momencie, w którym rozpoznałabym znajome mi budynki.
- A co z tego będę miał? - Chłopak wciąż mi się przyglądał, udając zainteresowanego propozycją, którą mu złożyłam. Właściwie, to chyba faktycznie tak było, bowiem na dobrą sprawę mógł po prostu odejść stamtąd, mając mnie w nosie.
- Na przykład psa, którego mogłam po prostu od siebie odgonić? - Wskazałam ruchem głowy na czworonoga, patrzącego na nas z rosnącym zainteresowaniem - zupełnie tak, jakby rozumiał, o czym właśnie rozmawiamy. Zauważywszy, jak zaczął merdać ogonem, równocześnie wciąż spoglądając na mnie, nie mogłam się powstrzymać przed tym, aby przelotnie pogłaskać go po jego smukłym, ładnym pyszczku.
- Skoro jednak już go mam - potrząsnął lekko trzymaną w dłoni smyczą - to wyszłoby na to, że robię Ci całkowicie bezinteresowną przysługę.
- No tak, przecież to tak wiele... - prychnęłam, szybko mijając się z jego rozbawioną osobą, co oczywiście poskutkowało tym, że przypadkowo zetknęłam się z jego ramieniem. Nie przeszkodziło mi to jednak w tym, aby pozostawić go kilka metrów za sobą. - Pie*dol się, wiesz? - dodałam z rosnącą frustracją po raz ostatni, racząc chłopaka ostatnim, przelotnym spojrzeniem. Potem, nie oglądając się już za siebie, szłam szybkim krokiem w kierunku, do którego poprowadziła mnie moja intuicja. W międzyczasie próbowałam po raz ostatni włączyć swój telefon, co oczywiście skończyło się moim całkowitym fiaskiem. Zrezygnowana cisnęłam go do kieszeni swojej czarnej bluzy, wiedząc, że moja ostatnia nadzieja na bezpieczne dotarcie do domu umarła wraz z telefonem, który najwidoczniej odmówił już posłuszeństwa. Nie uśmiechała mi się wizja spędzenia nocy na zewnątrz, wiedząc przy tym, że rodzina zauważyłaby moją dłużącą się nieobecność. Może by mi to tak bardzo nie przeszkadzało, gdyby nie fakt, że z upływającym czasem na dworze robiło się coraz chłodniej, a ubrania okrywające moje ramiona przestały mi wystarczać. Co prawda, Dania to nie Syberia, jednak nie byłam w pełni przygotowana do tego, aby spędzać tak mroźne noce na zewnątrz. Zazwyczaj siedziałam przy takich warunkach pogodowych w domu, oglądając jeden z tych seriali, które w mniemaniu społeczeństwa nie uczyły niczego, co przydałoby się w życiu. Losy bohaterów były jednak ciekawsze od tych, które spotykały mnie na codzień, więc przynajmniej miałam możliwość oglądać życie innych, zdecydowanie bardziej interesujące od mojego własnego. Scenarzyści widocznie bardzo dobrze wiedzieli, jak zaskarbić sobie uwagę i aprobatę ze strony widzów.
- W lewo - usłyszałam nagle obok swego ucha głos, który wprawił mnie w chwilowe osłupienie. Odezwał się akurat w momencie, w którym zastanawiałam się, którą stroną powinnam podążyć, aby dotrzeć do odpowiedniej dzielnicy. Obracając lekko głowę, dostrzegłam tam osobę, której najmniej się tam spodziewałam. Te same cholerne, ale przy tym całkiem ładne tęczówki, głos, który sprawił, że momentalnie się spiełam, jak i pies, który ponownie ocierał się o nogawkę mych spodni. Nie posiadałam żadnych wątpliwości, co do tego, że to ten sam osobnik, którego chwilę wcześniej pozostawiłam w parku, kiedy poziom mojej cierpliwości spadł do zera, jeśli nie jeszcze niżej.
- Książę jednak postanowił mi pomóc? - prychnęłam, idąc w lewo, tak, jak mi to zalecił.
- Książę sądzi, że księżniczka prędzej skoczy z krawężnika, niż wprost poprosi o pomoc, której niewątpliwie potrzebuje - odgryzł się, lekko dźgając mnie łokciem w bok, kiedy to wywróciłam oczyma na jego słowa. Nie zniechęciło mnie to jednak do tego, aby odczuwać większą sympatię do tego uroczego psa, aniżeli do jego wkurzającego właściciela. - Następnym razem może chodź w miejsca, które znasz, co?
- Och, martwisz się?
- Nie za bardzo - przyznał, wzruszając przy tym swymi ramionami. - Po prostu kolejnym razem Ci nie pomogę, jeśli o to chodzi.
- Kolejnego razu nie będzie, chociażbyś nie wiem jak bardzo, ale to bardzo prosił.
Corey?

Nowy mieszkaniec!

Powitajcie Anthony'ego! Nowego mieszkańca Kopenhagi.

Od Caroline CD Kendall

Czas nigdy mnie nie lubił. Był moim odwiecznym wrogiem, od samego momentu, w którym stał się istotny w moim życiu - każda minuta niemalże przeciekała mi przez palce, powodując tym samym, że rzadko kiedy pojawiałam się punktualnie na wcześniej umówione spotkanie. Szkoła również nie była tą instytucją, którą zamierzałam uraczyć swą obecnością wcześniej, aniżeli w momencie, w którym dzwonek informował uczniów o rozpoczynającej się lekcji. Nie było nawet mowy o tym, że zjawię się w szatni na tyle wcześnie, aby na spokojnie pozbyć się ciążących mi elementów garderoby, albo nawet i na to, abym zjawiła się w klasie przed tym, jak z listy uczniów wyczytane zostanie moje nazwisko. O ile w Islandii nauczyciele byli przyzwyczajeni do tego, że nie należało wymagać ode mnie zbyt wiele, to tutaj, w Kopenhadze czułam, że nie przejdzie mi to ani łatwo, ani tym bardziej płazem. Zresztą, sama zamierzałam postarać się o to, aby przynajmniej raz w życiu pokazać się z lepszej strony - w końcu, jeśli tylko udało mi się namówić samą siebie na to, aby się postarać, potrafiłam być i obowiązkowa, i skrupulatnie wykonująca to, co mi akurat powierzono. Było to jednak ciężkie do wykonania, a już zwłaszcza w chwili obecnej. Odkładałam to raczej na dalszy plan, z wizją wcielenia tego w życie nie szybciej, aniżeli w bliżej nieokreślonych dniach, chociaż istniało przykre prawdopodobieństwo, że nie nadejdą one ani szybko, ale też i wcale. Wiedząc, że mogę nie doczekać takowej chwili, w której wydam się porządną i pilną obywatelką w oczach społeczeństwa, wyrzuciłam już niemalże cały ten plan w niepamięć, sądząc, iż pojawi się inne rozwiązanie, które nie dość, że prowadzić będzie do tego samego, to i okaże się łatwiejsze w realizacji.
Tymczasem, wiodłam takie życie, na jakie pozwalała mi aktualnie trwająca chwila. Co prawda to, że mój budzik odmówił posłuszeństwa akurat w dzień roboczy, nie było dla mnie łatwe do przełknięcia, ale przynajmniej było idealnym pretekstem do tego, aby ominąć czyhające na mnie spotkanie rodzinne, usprawiedliwiając się całkowitym brakiem czasu i chęcią pospacerowania do szkoły w tempie, które narzuciłabym sobie sama. Tak też, w pośpiechu mijając w kuchni tą bandę hipokrytów, w głowie już maszerowałam po chodnikach, usilnie starając sobie przypomnieć trasę, która byłaby najkrótsza i nie wymagająca ode mnie większej aktywności fizycznej, której nie pociągnęłaby moja zaniedbana kondycja.
Kiedy już miałam zarzucić na swe ramiona bluzę i z wymuszonym uśmiechem opuścić próg domu, usłyszałam za sobą charakterystyczne chrząknięcie, niewątpliwie wydobywające się spomiędzy ust mojego zniecierpliwionego ojca. Świetnie, wyglądało na to, że jednak nie uda mi się zgubić się w tłumie ich dialogu, aktualnie czekającego na kontynuację, którą bezczelnie przerwałam. Westchnąwszy pod nosem, obróciłam się na pięcie, aby spojrzeć rodzicielom prosto w oczy.
- Wrócę późno - uprzedziłam z taką lekkością w głosie, jakbym zupełnie była pewna, że starszyzna przyjmie to z całkowitą obojętnością. - Nie musicie się martwić, czy coś w tym rodzaju, bo jestem już dużą dziewczynką - chociaż ostatnie słowa wymamrotałam pod nosem, mogłam być niemalże stuprocentowo pewna, że usłyszeli to, a co więcej - przyjęli do swej świadomości. Czując więc, że spełniłam swój zakichany, obywatelski obowiązek, chwyciłam za jabłko leżące na kuchennej wysepce, z gracją szanującego się słonia, opuszczając wszelkie spojrzenia, które utkwione były w mej osobie.
Równocześnie, postanowiłam sobie tym samym jeden cel, który wydawał się całkiem możliwy do zrealizowania - przetrwać ten dzień, mimo, że nie zaczęłam go od wypitej herbaty.
~**~
- Wyliże się, prawda? - spojrzałam w stronę pielęgniarki, która akurat opuściła swój gabinet, do którego chwilę wcześniej wciągnięta została dziewczyna, z którą to miałam "przyjemność" zderzyć się kilka minut wcześniej na korytarzu, zresztą podobnym do tego, na którym aktualnie się znajdowałam. Zegar wybił godzinę ósmą dwadzieścia, co oznaczało, że za mną właśnie jest połowa pierwszej lekcji, na którą się nie zjawiłam.
- Na pewno - kobieta posłała mi uśmiech pełen ciepła i ulgi, jak gdyby chcąc upewnić mnie w tym, że moja obecność tam jest nie tylko zbyteczna, ale i nie za bardzo pożądana. Nie powiedziała mi tego wprost, jednak widziałam, że pielęgniarka z racji wykonywanego zawodu nie mogła odezwać się do mnie tak, jak na to zasługiwałam. Obawiała się konsekwencji, które mogłaby za sobą nieść wieść, że obraziła irytującą uczennicę, zdecydowanie posiadającej zbyt wysokie mniemanie o samej sobie. - Możesz już iść na lekcję - dodała szybko, widząc, jak z powrotem usadawiam się wygodnie na położonej nieopodal ławce. Uświadomiwszy sobie, że kobieta powtarza to już któryś raz z kolei, wywróciłam swymi oczyma, co jednak prawdopodobnie nie umknęło uwadze higienistki.
- Wolałabym jednak upewnić się, czy wyjdzie zza tych drzwi cała, albo przynajmniej żywa - bąknęłam, co choć nie było w pełni prawdą, to przynajmniej w pewnym stopniu do niej nawiązywało. W rzeczywistości, bardziej cieszyłam się z tego, że nie musiałam siedzieć na biologii z chłopakiem, który zdecydowanie patrzył się wszędzie, tylko nie tam, gdzie było trzeba. Był irytujący, jednak w momencie, w którym nie działały nawet moje jasne i jednoznaczne uwagi, odpuściłam sobie, mając nadzieję, że nauczycielka zauważy w jego zachowaniu jakikolwiek powód, który zmusiłby go do zmiany miejsca. Tak czy inaczej, pozostawało mi się cieszyć, że zmuszona byłam spędzać w jego towarzystwie "jedynie" dwie godziny tygodniowo, a nie pięć, jak to było w przypadku chociażby angielskiego.
- Nie wydaję mi się, aby stała jej się tam większa krzywda, aniżeli ty jej wyrządziłaś przed chwilą - wysyczała z rosnącą irytacją spomiędzy swych zębów, jakby kompletnie zapominając o tym, że ma przed sobą uczennicę, a nie znajomą, której widocznie w dodatku nie trawi. Już miałam jej odpowiedzieć, równie kulturalnie zresztą, jak i robiłam to wcześniej, kiedy zniknęła za zakrętem, widocznie udając się tam, gdzie miała w planach udać się w momencie, w którym opuściła swój gabinet. Korzystając z okazji, wiedząc, że jeszcze pozostała mi chwila do deadline'u, w którym cała młodzież wybiegłaby na korytarz, wetknęłam do swych uszu słuchawki, jak gdyby nie przejmując się tym, że w tym samym momencie moja klasa za pewne omawiała budowę tkanek, czy też innych pierdół, które niezbyt mnie w tamtym momencie interesowały.

Kendall?