4/16/2017

Od Corey'a cd. Caroline

- Wyjaśnijmy sobie coś. To TY masz problemy. Jesteś tak zapatrzona w siebie, że nawet nie podziękowałaś mi że cię odprowadziłem. Tak, masz rację że nie znam cię i nawet nie chcę poznać. Od razu widać że jesteś typową dziewczyną która to ma trudno w życiu,ale rodzice dają jej pieniądze, ale od dawna nie usłyszałaś od nich zwykłego "kocham cię". Powiedzmy sobie szczerze, wolisz by inni cię nienawidzili, niż żeby cię lubili, bo tak ci łatwiej. Nawet nie starasz się być miła, czy po prostu uprzejma. Najlepiej by było, gdybym w ogóle cię w parku nie spotkał. Rozumiesz? Tak? No i fajnie. A teraz żegnaj, nieznajoma!- Machnąłem ręką, po czym z szerokim uśmiechem puściłem jej oczko. Jeśli chodzi o jej osobę, to coś jednak ją ruszyło. Która część? Szczerze, teraz mam to gdzieś. Jedyne co zrobiła, to posłała mi wredne spojrzenie i skręciła w uliczkę na prawo. Z tego, co się orientowałem, to nie tam jest jej dzielnica. Przez jedną sekundę, nawet mi się jej żal zrobiło. Ostatni raz chciałem zobaczyć, co ona wyprawia. Zdrowego rozsądku jej brak. No ale czego można się spodziewać po ciemnej uliczce, kilka metrów za szkołą? Jednego. W tym mieście to codzienność, że gangi i inne rzeczy zbierają się w tych swoich "watahach", by siać rozbój między dzielnicami. A czego jet najczęściej? Napaści. Widocznie ta dziewczyna serio nie zna tego miasta, skoro kierowała się poprostu do takiej grupy. Jeszcze gorszym zaskoczeniem było to, że znałem ich. Frustracja i złość na dziewczynę związały się ze sobą. Wyybuchowa mieszanka. Widząc zbliżającego się do niej mężczyznę, przyspieszyłem kroku. Szczęście, że nie spodziewała się mojego nagłego powrotu.
- Czego ty jeszcze chcesz?- Syknęła, wydzierając się z mojego uścisku. Z pełną świadomością, że za nią stoi trzech, nie najgorszej budowy mężczyzn, szła w ich stronę z uśmiechem. Gdy jeden z nich palnął do niej jakimś rychłym tekstem, miałem ochotę się zaśmiać. Dosłownie. Ale jedno słowo za dużo wystarczyło, bym zaczął działać. Ale, ale. Poczekałem jeszcze chwilkę. Może i to okrutne, ale w końcu musi się czegoś nauczyć, prawda? Pozwoliłem jej na to, by spróbowała się sama wygrzebać z tej sytuacji. Jej przeklinanie, a nawet próba uciec
Wczoraj
, 20:25
czki były na nic. Z założonymi rękami, przyglądałem jej się. Aż w końcu zwróciła na mnie swoje tęczówki, które prosiły się o pomoc. Rozłożyłem w bezradności ręce, będąc całkowicie rozbawiony. Jednak każdy ma jakieś granice. Moje zostały przekroczone, gdy najwyższy z nich zaczął dobierać się do blondynki. W jednej chwili zjawiłem się obok nich, odpychając krótko obciętego, czarnowłosego pudziana.
- Ooo, kogo ja widzę? Coś cię dłuższy czas nie było, Reyes- Uniósł do góry jedną brew.
- To już nie należy do twoich spraw, Carter. Nowa dziewczyna?- Odwróciłem się w stronę zdenerwowanej blondynki.
- I to jaka pyskata,- Objął dziewczynę ramieniem
- Zostaw mnie.- Warknęła w jego stronę, a ten tylko się głucho zaśmiał. Gdy ponownie chciał to zrobić, zatrzymałem jego rękę.
- Odpuść.- Kiwnąłem głową na bok, by Caroline stanęła za mną. Zrobiła tak, skrywając się za moimi plecami.
Po trzęsących się rękach "napastnika", mogłem stwierdzić że się zdenerwował. Od kiedy z nim "pracowałem", szybko się denerwował. Tak było i tym razem...
Lewą ręką odsunąłem dziewczynę na bok, dalej od nas, przystawiając się do ciosu, jaki zadał mi mężczyzna. Jego pięść idealnie styknęła się z moim nosem, raniąc go. Bolało jak cho*era, nie ma co. Tym bardziej, że poczułem spływającą, ciepłą krew. Przetarłem jką rękawem i tym razem to ja wymierzyłem cios, niczego nie spodziewającemu się Certerowi. Nos za nos, jak to się mówi. A może oko za oko? W sumie, to to samo. Byłoby fajnie ,gdyby nie jego koledzy, którzy bez wahania powalili mnie na ziemię.
- Idź stąd.- Warknąłem do Caroline, która bezdennie wpatrywała się w nas. Próbowała mi pomóc, jednak z moim kolejnym warknięciem odsunęła się na tyle, bym mógł w spokoju zaprzestać okładaniom się po twarzy i wyjąć coś, co było moim ratunkiem. Średniej wielkości rewolwer, wycelowany był w stronę default smiley default smiley default smiley :przywódcy: gangu. Od razu zamilkł, dając sygnał kolegom.
- Ej, Reyes, nie wygłupiaj się...od kiedy przejmujesz się...- Nie dokończył, gdyż blondynka ni stąd ni zowąd walnęła go czymś w głowę. Złapał się za nią, a ja, korzystając z okazji że zostaliśmy sami (koledzy tchórze uciekli), zacząłem go okładać. Ale nie było mi dane w pełni się zemścić, gdyż zostałem odciągnięty przez istotę, dzięki której to wplątałem się w zaistniałą sytuację. Chwiejnym krokiem podążając za nią poczułem w ustach metalowy posmak.
- "Dzięki, Reyes. Uratowałeś mnie."- Mruknąłem pod nosem.

<Caroline?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz